Strona główna arrow Felietony arrow Polityka arrow Trzy tysiące sejmów
Trzy tysiące sejmów
Drukuj E-mail
Witold Filipowicz   
08. 11. 2010.

Celem reaktywacji samorządów terytorialnych miała być decentralizacja władzy. Administracja samorządowa, z założenia, miała urzeczywistniać hasło – bliżej ludzi. Z tym, że ta władza miała być wybierana przez ludzi spośród siebie samych, na konkretnym terenie poszczególnych wspólnot. Bez oglądania się na parlamentarne boje na szczeblach rządu, wojewodów, urzędów centralnych i ich filii.

Jakoś tak się porobiło, że co wybory samorządowe, to lokalni działacze coraz więcej kolorów nabierają. Barw osobliwie przypominających polityczne ugrupowania sejmowe. Za zmianami ubarwienia podąża też zmiana języka. Wyborcze spotkania kandydatów na radnych zaczynają się upodabniać do relacji z obrad parlamentarnych. Zwroty i całe frazy przenoszone są wprost z prezentacji poglądów prominentów partyjnych.

Advertisement

Ze sposobu sprawowania mandatu radnego też coraz więcej zdaje się przenosić ze zwyczajów poselskich. Radny sobie przypomina o swoich wyborcach na kilkanaście dni przed wyborami. Przez cztery lata kadencji niejeden radny tak jest utajniony, że dostać się do niego, senne marzenie. Ba, niektórych to wyborcy w ogóle nie kojarzą, że ktoś taki na ich terenie dzierży władzę. No, chyba że przy okazji wykrycia jakiejś afery, w której zakamuflowany radny akurat ma swój udział.

Obecne wybory samorządowe zdają się być już tylko z nawy samorządowymi. Gdzieś się zapodziały komitety obywatelskie, zagubili się ludzie. Po ostatnim pomyśle o blokowaniu list wyborczych mamy już praktycznie do wybierania jedynie partie. Jeśli pojawiają się jacyś kandydaci, to głównie działacze partyjni i to członkowie byłych lub obecnych władz rządowych.

Listy, mimo że z ludzi się składające, w istocie są listami partyjnymi. Jeśli się głosuje, to choćby nawet głosować na konkretną, znaną sobie postać, w rzeczywistości głosuje się na partię. Lub zlepek partii. W efekcie i tak nie wiadomo, kto zostanie wybrany, bo partie mają swoje własne plany. Niekoniecznie zbieżne z oczekiwaniami wyborcy w gminie czy powiecie. Zupełnie tak, jak w wyborach parlamentarnych.

Nasuwa się pytanie, po co w ogóle te wybory? A jeśli już, to czy nie byłoby prościej i taniej połączyć wybory samorządowe z parlamentarnymi? A wybory prezydenckie z wyborami wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast? Co z tego, że się kadencje trochę rozmijają. Żaden problem zmienić kilka ustaw. Nie takie pomysły wdrażane są w życie i wszyscy się cieszą, jak nam kraj pięknieje.

A że sama idea samorządności terytorialnej coraz mniej ma wspólnego z rzeczywistością, to i nazewnictwo można byłoby pozmieniać. Zamiast nazw jednostek samorządu terytorialnego można używać nazwy, na przykład, Sejm RP – filia w Czechowicach-Dziedzicach. A na przykład takiego wójta - Zastępca Prezydenta RP ds. Kikutkowa Dolnego.

Jakie oszczędności można byłoby osiągnąć. Zwłaszcza, że jak tak dalej pójdzie, to do wyborów samorządowych biegać będą głównie kandydaci z rodzinami. A i to pewnie nie wszyscy, bo już w niektórych miejscowościach nawet kandydatów zabrakło.

Warto pomyśleć nad ustawą o powoływaniu władz samorządowych w drodze sejmowych głosowań.

 
Menu główne
Strona główna
Abstrakty felietonów
Szukaj z Google
Warto zajrzeć (linki)
Od Redakcji
Współpraca
Najnowsze
Najczęściej czytane
Ankiety
Chcę czytać:
 


© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.
© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.