Strona główna arrow Felietony arrow Społeczeństwo arrow Olimpijska klapa
Olimpijska klapa
Drukuj E-mail
Marek Pol   
20. 02. 2006.

Dla przeciętnego mieszkańca naszego globu, Polska jest krajem zimnym. Jeśli nasz piękny kraj, nie kojarzy mu się z białymi niedźwiedziami na ulicach to, co najmniej ze śniegiem i mrozem. Tak jak Rosja, Szwecja czy Finlandia. Dużo się nie myli. Mamy śnieg i co pewien czas nawet ostre mrozy. Mamy całkiem wysokie góry u siebie i już naprawdę potężne, kawałek od naszej południowej granicy. Mamy też kilka razy więcej mieszkańców niż większość krajów europejskich. Krótko mówiąc, mamy wszystko by być potęgą w zimowych sportach. I nawet po sukcesach Małysza zaczęliśmy wierzyć, że zmierzamy w tym kierunku. A tu kicha!

Advertisement

Olimpiada w Turynie bezlitośnie obnażyła nasze gołe cztery litery. Już na jej półmetku, jesteśmy praktycznie bez szans na medale. Najlepszy wynik osiągnięty przez naszych reprezentantów, to bodajże piąte miejsce w biegach pań. W dodatku, dlatego piąte, że jedną ze zwyciężczyń tej dyscypliny złapano na dopingu. Medale mają już nawet ciepła Bułgaria, niewielkie Estonia i Łotwa, nie mówiąc już o Niemcach, Rosjanach, Czechach, Słowakach, Ukraińcach. Krótko mówiąc wszyscy, w tej części Europy, są w jakiejś zimowej dziedzinie dobrzy. Z wyjątkiem Polski. No może jeszcze Białorusi i maleńkiej Litwy, ale jak znam życie i oni capną jakieś medale.

Zanim rozpoczęły się zmagania, dziennikarze tryskali optymizmem. Mieliśmy zdobywać świetne wyniki i medale. W co najmniej kilku dyscyplinach. Napięcie było podkręcane stopniowo. Dziennikarskie zapowiedzi sukcesów wspierano wywiadami z działaczami i trenerami. Ci mówili, że ich zawodnicy zrobią wszystko by osiągnąć dobry wynik. Co innego mieli mówić? Ale gdy ich wypowiedzi puszczano po zapewnieniach dziennikarza, że mamy medalową szansę, nabieraliśmy przekonania, że jest nieźle.

Oczywiście kluczowe miały być skoki Małysza. Stary mistrz, co prawda ostatnio regularnie przegrywał, ale na Olimpiadzie miał się obudzić i zdobyć dla nas medal. Nie zdobył. Bo już nie był w stanie. Jego młodzi następcy to cały czas druga liga. Więc sny o medalu za skoki odpłynęły. Małyszowi i tak, należy się pomnik, za tyle lat sukcesów. Gdzieś jest kres możliwości i trzeba to uszanować. Ale kogo to obchodzi. Po skokach rozpętało się nasze polskie piekiełko. Część już kąsa Małysza. Reszta chce głowy trenera Kutina. Najbardziej działacze olimpijscy. Ktoś musi beknąć za kompromitację. Przecież nie oni! Nawiasem mówiąc szkoda, że na olimpiadach nie dają medali za wystawność siedzib narodowych komitetów olimpijskich. Polski Komitet, za oddaną ostatnio w Warszawie siedzibę ze szkła i aluminium, miałby pewny medal. Na szczególny medal zasługują również ci działacze, którzy dobierali naszym reprezentantom stroje olimpijskie. Polacy wyróżniają się z pośród innych ekip. W strojach wyjściowych wyglądają jak by właśnie zeszli z placu budowy. Łyżwiarze szybcy zaś, mają gigantyczne narodowe orły na piersiach. Przy reprezentantach innych krajów wyglądają jak przybysze z zapadłej wsi, do której jeszcze nie dotarło, że koszule z non-ironu dawno już wyszły z mody.

W czasie, gdy my oglądaliśmy Olimpiadę, z przeciwnościami zmagali się politycy. „Wielcy Bracia” długo wahali się czy nie iść na całość. Kusiło ich rozpędzenie parlamentu i nowe wybory. Pomimo uchwalenia budżetu, jakiego sobie życzyli, pomimo oddania im pełni władzy, potrafili tak rozhuśtać łódź z napisem Polska, że wszystkim aż dech zaparło. Chyba nawet Prezydentowi. Zapowiadane od rana wystąpienie telewizyjne opóźnił o ponad godzinę. W dodatku wygłosił takie, jakby pisał je na kolanie syn Marcinkiewicza. Ten, który nazwał cienie ministrów z Platformy „cieniasami”. Ogólnie rzecz ujmując była to kompromitacja demokratycznego państwa. Ktoś powinien za to „beknąć”. Ale przecież nie ci, którzy ją spowodowali. Oni winnych poszukają gdzie indziej.

Sportowcy dołują a czasem nawet mdleją. Politycy żrą się o wszystko. Moja Babcia w takich sytuacjach mówiła, że albo coś wisi w powietrzu, albo brakuje nam witamin. Potrzeba witaminy C – przeciw przeziębieniom, witaminy B – na nerwy i A – na wzrost. Żeby było lepiej postanowiono, więc stworzyć specjalną „multiwitaminę”. Ma się nazywać CBA. Ona ma pomóc na wszystko. Głównie na korupcję. Nie wiem tylko, dlaczego patrząc na twarz przyszłego szefa tej „multiwitaminy”, jakoś nie wierzę, że będzie to instytucja obiektywna. Bardziej wygląda mi ona na partyjną tajną policję, która pomoże rozprawić się z przeciwnikami. Ale może się mylę i właśnie tu odniesiemy sukces. Bo gdyby i to miało okazać się klapą, to ktoś za to kiedyś beknie. Niestety, pewnie znowu nie ci, którzy to CBA wymyślili.

 
Menu główne
Strona główna
Abstrakty felietonów
Szukaj z Google
Warto zajrzeć (linki)
Od Redakcji
Współpraca
Najnowsze
Najczęściej czytane
Ankiety
Chcę czytać:
 


© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.
© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.