|
Gramy w to samo. Cały czas gramy w to samo. Może to nawet i zabawne. Dla
niektórych pewnie brzmi jak banał, dla innych jak sofizmat taniego poety z
przedmieścia. A jednak. Codziennie, dzień po dniu, powtarzamy mozolnie i
bezmyślnie ten sam repertuar czynności, w pracy, w domu, w sklepie, za stołem,
na spacerze z rodziną i przed telewizorem. Uśmiechnięci jak kot z Cheshire „odhaczamy”
codzienny bukiet obowiązków i celów. Uśmiechnięci? Och, nie tylko. Spełnieni?
Tylko co poniektórzy.
Czasami również smutni, zaskoczeni, zdenerwowani. Zawsze
jednak tacy sami i robiący prawie zawsze to samo. Klepiemy niczym mantrę zdawkowe
„co słychać?”, podlewając to sosem udawanego zainteresowania. Do codziennych
celów żywo dorabiamy tęgą logikę i uzasadnienie, prawie zawsze jednak á
rebours. Inni wokół nas? Hmm, są przecież tacy sami. Albo nie, to my
jesteśmy inni, lepsi, prawdziwsi, ciekawsi. A oni? Trawestując Gogola „wszyscy
to łajdacy z wyjątkiem jednego, a i ten -- prawdę mówiąc -- świnia”.
Jednym zdaniem, gramy w to samo. Tylko czasem w tyle
głowy czai się lęk. Lęk przed pustką. Monotonny i głuchy, innym razem
akustyczny i pulsujący niczym molto vivace z dziewiątki Beethovena.
A potem przychodzą Święta. Wigilia, pierwsza gwiazdka, blask świecy
opalającej łamany opłatek. I co, znowu dejá vu? Znowu sztafaż tych
samych wyuczonych zachowań, rutynowych „small talks” wypełniających
ciszę między kolędami? Boję się. Boję się, że bardzo często tak. A potem
dziwimy się na frazę Montaigne’a, że „kto nie wie do jakiego zmierza portu,
temu nie sprzyja żaden wiatr”. I tak sobie jednocześnie myślę, że Święta to
przecież doskonały moment do zatrzymania się NAPRAWDĘ, do pochylenia się nad
samym sobą, do odrobiny spontanicznej refleksji. Taka chwila zadumy nad tym co
dla mnie faktycznie w życiu ważne, porównania tego co robię z tym co naprawdę
chciałbym. I niekoniecznie musi to zmieniać całe nasze życie, przynajmniej w
fenotypowym znaczeniu tego słowa, nie zawsze nasze myśli i konkluzje muszą biec
ścieżką Leonarda Cohena zaszywającego się na długie lata w kibucu. Wręcz
przeciwnie, taka metamorfoza może być tylko w nas, wewnątrz. Ważne jest tylko
aby umieć zmienić kilka priorytetów, a kilka innych spraw nazwać po imieniu.
Niezależnie pod jaką wiarą i jakim obyczajem się wychowaliśmy. Tak naprawdę
najważniejsze jest nauczyć się biec po ścieżce życia po prostu trochę bardziej
świadomie.
Święta są bardzo dobrą okazją, żeby przemyśleć tych kilka krzywych
wierszy. I zdobyć się na odrobinę odwagi przed skokiem. I tylko czasem szkoda
mi trochę jednego. Jakieś kilka tygodni temu na polski rynek weszła po raz
pierwszy firma oferująca ubezpieczenie zdrowotne pokrywające pełen zakres
świadczeń. Czy ktoś kiedyś wymyśli ubezpieczenie od konsekwencji zmiany pomysłu
na życie? |