Strona główna arrow Felietony arrow Polityka arrow Rzeczpospolita Trzecia i Pół
Rzeczpospolita Trzecia i Pół
Drukuj E-mail
Juliusz Mille   
01. 11. 2005.

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze. Miał być rząd koalicyjny PO i PiS. Partie, które wygrały wybory, obiecywały naprawę państwa. Miała być nowa jakość rządzenia Polską. Takie składano nam przedwyborcze obietnice. A skończyło się tak jak zawsze, łącznie z przysłowiowym Polakiem, który mądry po szkodzie, a i to nie zawsze.

Ale po kolei...

Advertisement

 

O dwóch takich, co kochali władzę

W ostatnich dniach szczęśliwie dotarliśmy do końca wielomiesięcznej kampanii wyborczej. Kampanii, która zaowocowała podwójnym, dość nieoczekiwanym, zwycięstwem Prawa i Sprawiedliwości. Zwycięstwem, które choć spektakularne, nie przyszło za darmo -- i teraz właśnie płacimy koszty udanej batalii braci Kaczyńskich.

Wydaje się, że PiS w swoim dążeniu do objęcia władzy przekroczył wiele granic, których przekraczać się nie powinno, a już szczególnie wtedy, gdy partia pretenduje do miana poważnej, konserwatywnej, szanującej prawo (i sprawiedliwość) siły politycznej. O ile wartości te, to nie są dla jej liderów tylko etykietami, sloganami na użytek kampanii wyborczej i instrumentalnie traktowanego społeczeństwa. W rzeczywistości, już na długo przed rozstrzygnięciem wyborów prezydenckich, PiS zawiązał nieformalne koalicje z pewnym nacjonalistyczno-fundamentalistycznym radiem oraz cokolwiek populistyczną partią protestu.

Trudno się więc dzisiaj dziwić, że „przyjaciele” z Platformy Obywatelskiej jakoś się nie kwapią do wejścia do rządu, gdy z jednej strony Kaczyńscy zagarniają w dobrym starym stylu znakomitą większość władzy dla siebie, a resztkami chcą obdzielić niedoszłego koalicjanta, nie zapominając przy tym o zobowiązaniach wobec Ojca Rydzyka i Andrzeja Leppera. Niemniej wielki polityczny gambit Jarosława i Lecha Kaczyńskich okazał się skuteczny, co nas doprowadziło do obecnego rządowego pata.

 

Po pierwsze nie szkodzić, czyli czego ustępujący prezydent nie widzi we własnym oku 

Wczoraj, w ostatnim dniu października, zakończył się pierwszy akt powyborczej rozgrywki -- prezydent Kwaśniewski zaprzysiągł rząd Kazimierza Marcinkiewicza. Rząd słaby, pierwszy w III RP gabinet, który wprost po wyborach od razu jest mniejszościowy.

Dystans i rezerwa Aleksandra Kwaśniewskiego wobec wręczanych nominacji były wręcz namacalne. Ukoronowaniem tej rezerwy była zadedykowana przez prezydenta nowomianowanym ministrom łacińska maksyma „primum non nocere” -- po pierwsze nie szkodzić. I był to już jeden z ostatnich akordów dość bezbarwnej prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Bezbarwnej, co w naszych realiach jest raczej komplementem.

Akord był jednak cokolwiek fałszywy, gdyż to właśnie Aleksander Kwaśniewski walnie przyczynił się do takiego ustawienia tegorocznego kalendarza wyborczego, który nieuchronnie musiał doprowadzić do starcia dwóch prowadzących ugrupowań (a od dawna wiadomo było jakie partie grają pierwsze skrzypce). W założeniu na tym klinczu miał skorzystać lewicowy kandydat na prezydenta, tyle że ten jakoś nie wytrwał i cały misterny plan wziął w łeb, przy okazji uniemożliwiając powstanie stabilnej większości parlamentarnej, gdyż pretendenci do władzy posunęli się za daleko, by potem móc razem współpracować.

Ni orzeł to, ni wrona, czyli Rzeczpospolita Trzecia i Pół

Tak oto się nam zaczyna, z wielką pompą proklamowana, Czwarta Rzeczpospolita. By wymienić tylko jej kluczowe w ostatnich dniach wyznaczniki -- spory i kłótnie ambicjonalne, upojenie władzą, wątpliwej jakości rozwiązania administracyjno-prawne, kliniczna wręcz krótkowzroczność zwycięzców, absolutny brak zdolności wyciągania wniosków z uprzednich porażek, itd., można by tak długo.

Polska prawica zdaje się mieć w sobie bardzo głęboko zaszczepiony gen autodestrukcji -- kiedykolwiek tylko dojdzie do władzy uruchamia ciąg wydarzeń, które niechybnie sprowadzają na nią klęskę. Nie inaczej jest w tym przypadku.

Prawo i Sprawiedliwość, zgodnie z uświęconą w naszej tradycji zasadą TKM, zbiera całą pulę, dla politycznych oponentów, włączając w to „przyjaciół z Platformy”, zostawia niewiele znaczące resztki. Na stanowisko premiera zostaje mianowany polityk drugiego garnituru, nikomu szerzej uprzednio nieznany Kazimierz Marcinkiewicz. Przy całym uznaniu dla kompetencji pana Marcinkiewicza wyraźnie widać, kto jest w tym układzie szefem, a on sam pozostaje absolutnie dyspozycyjny wobec Jarosława Kaczyńskiego. Nie inaczej jest z marszałkiem Sejmu, Markiem Jurkiem.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że i Lech Kaczyński uznaje ideowe zwierzchnictwo brata Jarosława, jako głównego stratega PiS, to mamy bezprecedensową i potencjalnie mało bezpieczną sytuację, w której to Jarosław Kaczyński koncentruje w swoim ręku wielkie wpływy jednocześnie nie podlegając żadnej konstytucyjnej odpowiedzialności, czy kontroli. Nie jest to dobre rozwiązanie dla demokracji, nie sprzyja przejrzystości i czystości układu politycznego, a już w przypadku ugrupowania na swych sztandarach niosącego prawo, sprawiedliwość i naprawę państwa, zakrawa na hipokryzję. W najlepszym wypadku.

Pierwsze znamiona porządków IV RP znalazły swój oddźwięk też za granicą, choć być może nie taki, jaki bracia Kaczyńscy by sobie życzyli. „Zwycięzca bierze wszystko”, „Teatr marionetek”, „Rząd tymczasowy”, to jedne z bardziej neutralnych tytułów i chyba dość trafnie opisujących aktualną sytuację polityczną w Polsce. Te mniej neutralne wspominają coś o nacjonalizmie, czy protekcjonizmie i -- choć przesadzone -- odzwierciedlają opinię, na jaką Prawo i Sprawiedliwość pracowało przez lata odwołując się do fobii narodowych, czy skrajnych części swego elektoratu.

Wracając do ornitologicznej przenośni, można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że zaproponowana nam przez tandem braci Kaczyńskich hybryda nie wzbije się w powietrze. Cokolwiek z poczynań PiS-u w efekcie finalnym się urodzi, już na pierwszy rzut oka widać, że ptak ten będzie należał do rodziny nielotów.

 

Deja vu, czyli powtórka z (wątpliwej) rozrywki 

Powiedziawszy co powyżej, nie można się oprzeć wrażeniu, że to wszystko już kiedyś było. Mieliśmy już superpremiera Krzaklewskiego, mieliśmy słaby rząd Buzka, sterowany z tylnego siedzenia przez partyjnych liderów, mieliśmy rząd Olszewskiego (opętany zresztą manią lustracji wszelkiej materii ożywionej), widzieliśmy osobiste ambicje stawiane nad racją stanu.

A teraz mamy kolejny rząd kadłubkowy, słaby gabinet z wątłym zapleczem, który każdy większy projekt będzie musiał okupić kompromisem z niedoszłym koalicjantem, bądź -- co gorsza -- z populistami. Mamy superpremiera i superprezydenta w jednym, w osobie Jarosława Kaczyńskiego. I nie mamy specjalnie z czego się cieszyć, ani -- tym bardziej -- nie mamy z czego być dumni.

Być może jeszcze uda się odwrócić ciąg wydarzeń. Może koło historii tym razem nie wykona pełnego obrotu. Być może jeszcze przeważy państwowotwórcza misja, jaką podczas kampanii prezentowały -- werbalnie -- Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska. Może prezydent Kwaśniewski będzie miał na zwieńczenie swej kadencji okazję wypowiedzenia jakiejś trafniejszej sentencji przy zaprzysiężeniu kolejnego gabinetu.

 
Menu główne
Strona główna
Abstrakty felietonów
Szukaj z Google
Warto zajrzeć (linki)
Od Redakcji
Współpraca
Najnowsze
Najczęściej czytane
Ankiety
Chcę czytać:
 


© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.
© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.