|
Prawda, obecna kampania wyborcza nie jest elegancka, można się nawet
pokusić o opinię, że jest jedną z mniej eleganckich w krótkiej historii
III Rzeczpospolitej. O ile przymiotnik „elegancka” i termin „kampania
wyborcza” nie są już same w sobie przeciwieństwami. Prawda, kopał poseł
Giertych dołki pod marszałkiem Cimoszewiczem z niezwykłą zaciekłością.
Kopał, kopał, aż w końcu marszałek zaczął się potykać. Prawda,
marszałek jako obywatel mógł mieć tego wszystkiego serdecznie dość. I
prawdą jest, że miał.
Jednakże decyzja o rezygnacji z kandydowania i mało konstruktywny styl,
w jakim została zakomunikowana, budzi pewne zdziwienie. Każdy obywatel
ma prawo trzasnąć drzwiami mówiąc, że nie będzie się bawił w wybory, bo
nie widzi godnych urzędu kandydatów. Ale czy takie prawo ma urzędujący
marszałek Sejmu i osoba pretendująca do najwyższego urzędu w państwie?
Czy Włodzimierz Cimoszewicz jest jedynie słusznym światłym przywódcą
narodu i gdy jego zabraknie to już trzeba nad tym narodem zapłakać, bo
niechybnie pójdzie na zmarnowanie?
Oto okazało się, że ewidentnie wątłe i oparte na sfabrykowanych
dowodach ataki posłów gończych odsłoniły nieco inny obraz marszałka niż
on sam i jego zaplecze chciały sprzedać społeczeństwu. Obraz z
arogancją, nie zawsze usprawiedliwioną pewnością siebie i być może dość
kruchą konstrukcją psychiczną w tle.
Korespondencja marszałka z posłem Stefaniukiem w sprawie błędu w
oświadczeniu majątkowym pokazuje Włodzimierza Cimoszewicza nie jako
męża stanu, lecz raczej jako osobę ostatecznie przekonaną o swojej
wyższości. Cały casus pani Jaruckiej - oprócz oczywistej indolencji,
bądź złej woli posłów z komisji śledczej - ujawnia co najmniej osobliwe
stosunki w MSZ pod wodzą ministra Cimoszewicza. Pozostaje mieć
nadzieję, że twierdzenie o tym, iż „głupsi wyjeżdżali na placówkę” niż
mąż pani Jaruckiej, jest tylko jej jeszcze jedną konfabulacją, a nie
wiernym odzwierciedleniem stosunków w ministerstwie i opisem sposobu
doboru naszych kadr dyplomatycznych. Abstrahując nawet od poziomu
inteligencji pana Jaruckiego. Choć samo ujawnienie sposobu, w jaki mąż
pani Jaruckiej został mianowany na wysokie stanowisko w innej
instytucji państwowej cokolwiek tę nadzieję podkopuje.
I oczywiście miał Włodzimierz Cimoszewicz pełne prawo do zakupu akcji
Orlenu w imieniu córki. Tak jak i jakichkolwiek innych akcji w
czyimkolwiek imieniu. Tyle, że to pewna niezręczność, której wytrawny
polityk powinien być świadomy. Niezręczność pozostawiająca wrażenie
braku przejrzystości.
Wszystko to, co przystoi zwykłemu obywatelowi niekoniecznie pasuje do
męża stanu. I w tym świetle wydaje się, że marszałek Cimoszewicz mógł
podjąć właściwą decyzję. Choć stałoby się lepiej, gdyby tę decyzję
podjęli wyborcy. |