Strona główna arrow Felietony arrow Społeczeństwo arrow Parada nierówności
Parada nierówności
Drukuj E-mail
Juliusz Mille   
13. 06. 2005.

Jeden dzień, dwie różne demonstracje, dwa różne europejskie miasta. Miasto pierwsze -- kilkuset rowerzystów chce zwrócić uwagę na zalety tego ekologicznego środka lokomocji oraz niezrozumienie ze strony zmotoryzowanej większości. Miasto drugie -- kilka tysięcy przedstawicieli środowisk homoseksualnych, ruchów na rzecz tolerancji i równości, chce zamanifestować prawo do własnej tożsamości oraz niezrozumienie ze strony heteroseksualnej większości.

W mieście pierwszym cykliści zdecydowali się przejechać trasę ok. 10 km wokół najważniejszych miejsc publicznych zupełnie nago. W mieście drugim manifestanci chcieli przejść ok. 5 km spod siedziby parlamentu na jeden z większych placów. Zupełnie ubrani, czasem nawet dość kolorowo.

Advertisement

Pierwsza demonstracja zakończyła się spokojnie i też chyba skutecznie -- ogłaszając światu ekologiczne przesłanie, nawet jeśli w cokolwiek kontrowersyjnej oprawie. Druga demonstracja, choć również pokojowa, zagroziła porządkowi publicznemu, praworządności i moralności narodu. Dławiona i duszona, gdy w końcu się odbyła, została powitana kamieniami przez kontrmanifestantów, przez co tylko zyskała na aktualności i znaczeniu. Niewykluczone też, że zyskała i na skuteczności przekazu, co w końcu jest celem każdej demonstracji.

Jeden dzień, dwa miasta i trzy pytania: -która z demonstracji była nielegalna, -które z miast jest Londynem, -jakie przesłanie przekazali światu ludzie ciskający kamienie w mieście drugim.

Te dwa jakże różne przypadki w jaskrawy sposób pokazują ile racji mieli warszawscy demonstranci. Ludzie, którzy nie chcieli nic więcej, prócz zamanifestowania swojej obecności i tożsamości. Tym wyraźniej widać, jak ta demonstracja była potrzebna. 

Prezydent Kaczyński w swym zamiłowaniu do prawa i sprawiedliwości systematycznie odmawiał rejestracji Parady Równości stosując kruczki formalne, w istocie odmawiając jednej grupie społecznej części należnych praw obywatelskich. Kiedy manifestacja w końcu odbyła, prezydent Kaczyński rozgniewał się na policję, która „jedną nielegalną manifestację chroniła, a drugą pacyfikowała”.

Postronny obserwator mógłby odnieść wrażenie, że takie działanie policji było podyktowane faktem, iż jedna nielegalna demonstracja była całkiem pokojowa, a kontrmanifestacja bynajmniej. Ale postronny obserwator głosu nie ma, a prezydent Kaczyński zbada takie zachowanie policji, choć na wyciągnięcie konsekwencji „być może będzie trzeba poczekać do zmiany władzy”. Nie może przecież być tak, żeby sobie gej spokojnie szedł pod ochroną policji, a Młody Wszechpolak nie mógł wyrazić wobec tego faktu świętego oburzenia. No, a że kamieniem? Środki wyrazu muszą być adekwatne do moralnego zagrożenia społeczeństwa.

Czy Rzeczpospolita braci Kaczyńskich będzie krajem, w którym miotanie kamieni w ludzi myślących inaczej będzie sankcjonowane prawnie? Właściwie takie precedensy w historii już mamy. Zarówno w tej najstarszej jak i najnowszej. Czy tam właśnie zmierzamy?

Czy każdy ruch wyborczego wahadła władzy musi nas zabierać ze skrajności w skrajność? Czy tym razem odchodzącego, a raczej uciekającego, postkomunistycznego aparatczyka z teczkami wypchanymi publicznym dobrem zastąpi inkwizytor z krzyżem w jednej dłoni, teczkami bezpieki w drugiej i ogniem szaleństwa w oczach? I wreszcie -- czy tego czasem już nie było? 

A może wyborcy oszczędzą nam konieczności sprawdzania. Prezydent Kaczyński i premier Kaczyński to jednak chyba zbyt duża koncentracja prawa i sprawiedliwości na szczytach władzy. Nie wspominając o drobnym problemie technicznym -- trzeba by się wreszcie nauczyć braci rozróżniać.

 
Menu główne
Strona główna
Abstrakty felietonów
Szukaj z Google
Warto zajrzeć (linki)
Od Redakcji
Współpraca
Najnowsze
Najczęściej czytane
Ankiety
Chcę czytać:
 


© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.
© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.