Strona główna arrow Felietony arrow Polityka arrow Rondo na skraju miasta
Rondo na skraju miasta
Drukuj E-mail
Juliusz Mille   
01. 04. 2005.

Każde miasto ma takiego prezydenta, jakiego mieszkańcy mieli życzenie sobie wybrać. Jedni wybrali lepiej, inni gorzej, jak wskazuje przykład dość dużego miasta w zachodniej części kraju, które przez pewien okres było zarządzane z aresztu śledczego, gdzie czasowo urzędował prezydent. Po tej mniej chlubnej stronie krat.

A zatem, jeśli mieszkańcy Warszawy zechcieli, by rządził nimi polityk o bynajmniej nie samorządowych ambicjach, to trudno się potem dziwić, że niektóre jego decyzje mają się nijak do interesu społeczności lokalnej. Zresztą, jeśli mają się nijak, to znaczy również, że nie szkodzą, więc nie jest jeszcze tak źle. Z punktu widzenia statystycznego Warszawiaka przynajmniej.

Advertisement

Bo szkodzą w skali międzynarodowej.

Pan Kaczyński bowiem ma ambicje bycia całkiem innym prezydentem. Z zupełnie odmiennym obszarem zainteresowań i kompetencji. Póki co, ze względów taktycznych, zdecydował się na zajęcie jednego z mniej znamienitych warszawskich pałaców. Skądinąd jest to dość wygodny sposób przetrwania politycznej zimy. O ile oczywiście uda się na czas schronić w przytułku dla odrzuconych polityków. Jest więc regułą naszego życia publicznego, że politycy przegrani w wyborach krajowych szukają oparcia w lokalnych strukturach władzy, przy czym warszawskie są największe z tych lokalnych, a więc i najbardziej pożądliwie przez outsiderów obłapiane.

Niestety, przechowalnia ma też swoje wady, jedną z nich jest znacznie mniejszy wachlarz środków wpływania na bieżące wydarzenia. Przybrawszy formę przetrwalnikową, w której za nic nie chcą się zmieścić jego ambicje, Prezydent Kaczyński znalazł sposób na kształtowanie polskiej polityki zagranicznej. I nie potrzebuje do tego protokołu dyplomatycznego, ambasad, ministerstwa i sztabu urzędników.

W celu wpływania na politykę zagraniczną państwa polskiego, nawet nie z tylnego siedzenia, ale gdzieś z okolic koła zapasowego, potrzebne są nam następujące składniki:
- Lojalna Rada Miejska
- Bezimienne Rondo o zerowym znaczeniu strategicznym gdzieś na skraju miasta
- Kontrowersyjny bohater budzący gwałtowne reakcje u Strony Przeciwnej

I teraz: bierzemy pamięć o bohaterze, wrzucamy pod obrady rady, nadajemy rondu imię tegoż. Całość dusimy w sosie własnym, podgrzewamy ciągle mieszając do osiągnięcia zadowalającego zamętu na arenie międzynarodowej.

Nie przeszkadza nam wcale to, że wybrany bohater w innym czasie i sytuacji, pewnie poslusznie by wykonał rozkazy dowództwa nakazując eskadrze lotnictwa, którą dowodził wyzwolenie przyszłego ronda swego imienia spod jarzma kapitalistycznych ciemiężców. Przy okazji wyzwoliłby też parę milionów ludzi wokół od wszelkich bolączek doczesnych, bo samoloty generała Dudajewa niekonwencjonalne ładunki przewoziły.

Nie przeszkadza nam to, bo każdy z aktorów spektaklu: Kontrowersyjny Bohater, Lojalna Rada, Mieszkańcy Miasta, jak i sam rekwizyt -- Bezimienne Rondo Gdzieś Na Skraju Miasta zostali w całym przedsięwzięciu potraktowani przez aspirującego reżysera na równi przedmiotowo. Poświęceni na ołtarzu małej wielkiej polityki. Zresztą, wydaje się, że rondo o zerowym znaczeniu strategicznym nigdy nie stałoby się celem ataku jądrowego. A pan Dudajew skądinąd był postacią nietuzinkową i waleczną. Tyle, że czas i sposób jego uhonorowania pozostawiają bardzo wiele do życzenia.

Przeszkadza jednak trochę traktowanie samorządów jako przechowalni zgranych prominentów. Bo to samorządy mają największy potencjał formowania społeczeństwa obywatelskiego, szczególnie wziąwszy pod uwagę obecne niemal całkowite bankructwo autorytetów, które brzydko nazwijmy centralnymi. A tak, zamiast świeżej krwi z dołu, mamy cokolwiek nieświeżą z góry.

Przeszkadza infantylna frazeologia i licytowanie się Warszawy z Moskwą kandydatami na nowych patronów ulic, przy których mieszczą się obie ambasady. Pan Kaczyński „nie chce wchodzić w wojnę na nazwę”, ale jakby pomija fakt, że sam ją rozpoczął.

To wszystko trochę przeszkadza. Pamiętając jednak o pewnym mieście w zachodniej części Polski, przyjdzie nam skonstatować, że nie jest w końcu tak źle. Zawsze mogliby Warszawiacy wybrać gorzej.

A tak -- mamy trochę niezbyt groźnego folkloru politycznego: może jeszcze ktoś zauważy, że ruch na rondach odbywa się w nieprawomyślnym kierunku, bo lewoskrętnie, może kto inny zechce przemalować autobusy, no bo jakby bezwstydnie czerwone, może jeszcze inny ktoś zawnioskuje o zagwarantowanie Stolicy dostępu do morza... Czarnego, Czerwonego, albo i Białego choćby. Ale nic to!

Jakie piaskownice, takie ich włodarzy bajanie.

 
Menu główne
Strona główna
Abstrakty felietonów
Szukaj z Google
Warto zajrzeć (linki)
Od Redakcji
Współpraca
Najnowsze
Najczęściej czytane
Ankiety
Chcę czytać:
 


© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.
© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.