Strona główna arrow Felietony arrow Europa i świat arrow Słonie w porcelanie
Słonie w porcelanie
Drukuj E-mail
Juliusz Mille   
21. 02. 2005.
Pokonawszy zakrętów historii bez liku, kraj nasz w maju zeszłego roku wstąpił do Unii Europejskiej, przy aplauzie większości, obojętności niektórych i zawodzeniu jeszcze innych. Czy będzie to spokojna przystań na kolejne dziesięciolecia prosperity, nie nam, lecz historykom przyszłych pokoleń przyjdzie oceniać. Póki co, znakomita większość spraw zmierza w pożądanym kierunku, a żadna z apokaliptycznych wizji roztaczanych przez eurosceptyków się nie zrealizowała. No, ale nie o tym dzisiaj mieliśmy...

Advertisement
W pewnej, nieuniknionej zresztą, opozycji do Unii Europejskiej stoją Stany Zjednoczone. Opozycji nieuniknionej, bo USA pod prezydenturą Busha Juniora, wydają się być uosobieniem nie-europejskości, konserwatyzmu i dość osobliwej wizji polityki zagranicznej. Zagranicznej, bo ta wewnętrzna, ze względów dość oczywistych, ma dla nas mniejsze znaczenie, nie wnikamy zatem. Oto bowiem stery dyplomacji jedynego obecnie supermocarstwa dostał w ręce człowiek, dla którego zagranicą jest wszystko co poza Teksasem, a co poza Stanami, to już inny świat. Tak odległy, że aż niepotrzebny.

I tak pewnie by pozostało, gdyby nie wydarzenia pewnego wrześniowego poranka, kiedy to ignorowany w dużej mierze „świat zewnętrzny”, przypomniał o swoim istnieniu w najbardziej drastyczny ze sposobów. Od wtedy polityka zagraniczna stanęła w centralnym punkcie zainteresowania administracji prezydenta Juniora. I jak wcześniej USA nie miały polityki zagranicznej prawie wcale, od tamtej chwili mają ja totalną i to w westernowo-teksańskim stylu.

To właśnie w tym względzie Europa najbardziej się z Ameryką różni, i to niekoniecznie z powodu 11 Września, ale nawet pomimo.

Rozważmy dwa ciągi zdarzeń: UE, na przestrzeni kilku dziesięcioleci swego istnienia, w sposób raczej skuteczny wyeksportowała liberalno-demokratyczne wartości do kilkunastu krajów europejskich, poprzez ich przyjęcie do Unii, bądź samą obietnicę tegoż.

USA, przynajmniej w przypadku Iraku -- choć w nieodległej przeszłości znalazłoby się i parę innych przykładów -- stawiają na eksport demokracji siłą. To, czy ostatni zabieg okaże się skuteczny pozostanie nam ocenić w najbliższych latach. Póki co, wydaje się, że kraj bez wykształconych mechanizmów społeczeństwa obywatelskiego będzie zagrożony przez siły zewnętrzne (potężni sąsiedzi), wewnętrzne siły odśrodkowe (klany i milicje), czy też religijny fundamentalizm, który jako jedyny ma przesłanki autentycznego ruchu społecznego, choć ostatecznie może się okazać najgorszym wyborem z punktu widzenia „wyzwolicieli”.

Żaden z powyższych scenariuszy nie wróży natomiast Bliskiemu Wschodowi zapowiadanej stabilizacji. Niewykluczone jednak, że sytuacja potoczy się inaczej, a wysoka frekwencja wyborcza będzie zwiastunem rodzącej się świadomości obywatelskiej. I wtedy wojna w Iraku okazałaby się czymś więcej, niż tylko kosztownym, kontrowersyjnym i niebezpiecznym eksperymentem. Za co należy trzymać kciuki.

Jak to wszystko się ma do miejsca Polski na świecie, czy też -- ściślej -- w Europie? Otóż ma się tak, że swoją bezkrytyczną postawą afirmujemy politykę zagraniczną mocarstwa, którą z niewielką tylko dozą złośliwości, można by porównać do zachowania stada rozjuszonych słoni w składzie porcelany. Nawet, jeśli rozjuszenie jest słuszne, bo jest, nawet, jeśli arabskiej pustyni do porcelany daleko, bo nie blisko, powstaje pytanie o stosowność dobranych środków.

Trudno ugasić pożar benzyną, a Bliski Wschód wielką beczką prochu jest. Zresztą, dyplomacja to nie tylko półwysep Arabski, a USA nie raz dały wyraz swemu unilateralizmowi, by wspomnieć nie podpisanie protokołów ekologicznych z Kioto, chociażby.

W tym kontekście nieco dziwne wydaję się nasze, i naszej klasy politycznej, przywiązanie do obecnej amerykańskiej administracji, pielgrzymowanie za ocean i umizgi polityków, gdy tak naprawdę Polska niewiele dla Stanów znaczy, geopolitycznie do Atlantyku nam daleko, tym bardziej do jego drugiego brzegu, a taka postawa powoduje erozję pozycji dyplomatycznych na własnym, europejskim podwórku.

Oczywiście opinia powyższa nie postuluje bynajmniej ochłodzenia wzajemnych stosunków. Jest li tylko głosem za większą równowagą i wyważeniem stanowiska Polski (tzn. przyjęcia dowolnego innego niż bezkrytycznej aprobaty) wobec niekiedy mało rozsądnych poczynań obecnego rządu USA. Oraz nieśmiałym przypomnieniem, że przystąpiliśmy do UE, nie do USA.

By oddać sprawiedliwość, rząd amerykański właśnie odbywa tournee po Europie, by zatrzeć po sobie niezbyt pozytywne wrażenie pierwszego czterolecia prezydentury. Najpierw, parę tygodni temu, w osobie pani sekretarz stanu, teraz samego Pierwszego Teksańczyka.

I dobrze, bo wiele jest do naprawienia, a jeszcze więcej do zrobienia. Razem.

 
Menu główne
Strona główna
Abstrakty felietonów
Szukaj z Google
Warto zajrzeć (linki)
Od Redakcji
Współpraca
Najnowsze
Najczęściej czytane
Ankiety
Chcę czytać:
 


© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.
© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.