Strona główna arrow Felietony arrow Polityka arrow Tańczący z teczkami
Tańczący z teczkami
Drukuj E-mail
Juliusz Mille   
30. 01. 2005.
Wybory zbliżają się w Kraju nad Wisłą dużymi krokami. Widać to gołym nieuzbrojonym okiem, pomimo pojawiających się od czasu do czasu tematów zastępczych - a to nasz narodowy Adaś dostał nowego wiatru w żagle, tj. w narty, a to 60 Rocznica, a to zima zaskoczyła drogowców w środku stycznia.
Advertisement

Wybory zbliżają się w Kraju nad Wisłą dużymi krokami. Widać to gołym nieuzbrojonym okiem, pomimo pojawiających się od czasu do czasu tematów zastępczych - a to nasz narodowy Adaś dostał nowego wiatru w żagle, tj. w narty, a to 60 Rocznica, a to zima zaskoczyła drogowców w środku stycznia.

Uważny obserwator, a nawet ten nienazbyt uważny, dojrzy jednak wnet, że coś jest na rzeczy. Oto bowiem, jakakolwiek bliskość plebiscytu mającego na celu obranie nowego zestawu światłych reprezentantów narodu, skłania co poniektórych jego przedstawicieli do intensyfikacji odwiecznego, a przynajmniej odpiętnastoletniego, rytuału godowego. Rytuał ów, w zamierzeniu miałby przyciągnąć jak największą ilość elektoratu. Na odpowiednią stronę, oczywiście.

Najnowszą odsłonę tego obrządku mieliśmy możność zaobserwować niedawno, kiedy to Pan Dziennikarz (Śledczy), działając w imieniu Narodu i dla jego dobra w pierwszym rzędzie, wyniósł z Instytutu Listę. Pan Dziennikarz musiał się wykazać nietuzinkową odwagą, sprytem i znajomością dziennikarskiego kunsztu śledczego na najwyższym poziomie, by w biały dzień Listę przemycić pod czujnym wzrokiem instytutowych cerberów broniących Narodowi dostępu do jego niezbywalnej, historycznej własności. W nadziei na wdzięczność Narodu, za dokonanie tak znamienitego i bohaterskiego czynu, ratującego część jego spuścizny i prawdy historycznej przed ciemnymi zakusami Profesora, Pan Dziennikarz, z niekłamaną przyjemnością, oddaje się konsumpcji swoich publicznych 5 minut.

Elektorat zaś oddaje się konsumpcji Listy. Trawienie jednakowoż procesem złożonym jest i żaden bohaterski czyn kelnerski nie zagwarantuje pożerającemu, że proces ów zakończy się sukcesem. Co więcej, ze względu na sam rozmiar choćby, jest wielce prawdopodobne, że posiłek zakończy się niestrawnością. Ale wtedy będzie już dzień kolejny i biesadnicy, z latami praktyki wyuczoną wprawą, oddadzą się kontemplacji symptomów zespołu chorobowego dnia drugiego. Co prawda jakość wspomnień z poprzedniego wieczoru nienajwyższą będzie, a i taniec do najprzedniejszych nie należał -- ale, jaki wodzirej, taki taniec i zbyt wiele wymagać nie powinniśmy.

To jednakże byłby scenariusz optymistyczny. W tej drugiej wersji, biesiadnicy po przetrawieniu dostarczonych im informacji zaczną się obnosić z produktem ubocznym materii tej przemiany. A że -- jak wiadomo -- nie pachnie on raczej, można śmiało postawić tezę, że istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, iż przez czas jakiś substancja ta będzie podrzucana różnym, mniej lub bardziej losowym adresatom.

Wczoraj agent i jawny współpracownik pewnych służb podrzucił kolejną listę. Leżała na mojej wycieraczce tuż pod dwudniowym zapasem skądinąd przebrzydłych ulotek. Żółto czarna taka. Zawiera tysiące nazwisk. Chętnie przekażę Panu Dziennikarzowi do wnikliwej analizy. Zaoszczędzi to jego wysiłków, gdyby chciał ją śledczo wynieść z TP S.A.

Panie i Panowie, poloneza czas zacząć!

JM

 
Menu główne
Strona główna
Abstrakty felietonów
Szukaj z Google
Warto zajrzeć (linki)
Od Redakcji
Współpraca
Najnowsze
Najczęściej czytane
Ankiety
Chcę czytać:
 


© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.
© 2005-2009. Wszystkie prawa zastrzeżone.